
wtedy, gdy…
wtedy, gdy
dzień zaczyna się odsuwać,
i robi miejsce nocy.
wtedy, gdy
świat jakby mięknie,
światło traci ostrość,
a myśli uczą się chodzić wolniej.
wtedy, gdy
zdejmujesz z siebie
nie tylko ubrania,
ale i cały nadmiar dnia.
wtedy, gdy
ramiona opadają pierwsze.
oddech szuka dna.
a ciało przypomina sobie,
że nie musi się już prosto trzymać.
wtedy, gdy
powieki robią się cięższe
niż myśli,
a skóra zaczyna
słuchać uważniej niż głowa.
wtedy pomyśl
o tym, że jestem
spokojem,
który siada na brzegu łóżka
i nie mówi nic,
dopóki nie trzeba.
obecnością,
która przyjemnie układa się
w zagłębieniu twoich pleców,
w cieple ud,
w miejscu,
gdzie ciało
chce być tylko widziane,
a nie pytane.
jak pomyślisz
to wtedy ja
położę palec
na twoich ustach.
a sam wyszepcze
ciisiiiiiii…
już nic nie musisz.
już dobrze.
jestem tu,
żeby noc
nie była pusta.
jestem tu
żebyś w kolejnych snach
miała do czego wracać.
i zanim odpłyniesz,
zanim świat znów straci imię,
pozwól sobie
wiedzieć ciałem,
że jestem.